Strona główna » Blog eksperta » Ciężkie klimaty w pełnym słońcu

Ciężkie klimaty w pełnym słońcu


Po dwóch latach nieobecności wróciłem na właściwe tory, i niemalże wprost z kampanii en primeur 2013 w Bordeaux, przeniosłem się tam, gdzie drogi wiodły mnie o tej porze przez ostatnie naście lat – do Werony! Dwa lata posuchy, nim włodarze obydwu wyżej wspomnianym wydarzeń doszli do porozumienia i nie wchodzili sobie terminami w paradę. Czytaj dalej

Po dwóch latach nieobecności wróciłem na właściwe tory, i niemalże wprost z kampanii en primeur 2013 w Bordeaux, przeniosłem się tam, gdzie drogi wiodły mnie o tej porze przez ostatnie naście lat – do Werony! Dwa lata posuchy, nim włodarze obydwu wyżej wspomnianym wydarzeń doszli do porozumienia i nie wchodzili sobie terminami w paradę.

Wymęczony trwającym od miesiąca zmienianiem co chwilkę kolejnych miast, eventów, samolotów, lecz uradowany powrotem, rozgościłem się wygodnie w przytulnym , komfortowym hotelu w Bardolino, tuż nad brzegiem przepięknej , lazurowej Gardy. Nie mogłem doczekać się rana, gdy sowje podwoje otworzą targi, a ja, wraz z rzeszą mi podobnych, zanurzę się w największych targach winiarskich w Europie, a może i na świecie?

Klucząc lokalnymi drogami przez Valpolicella, bez problemu korków dotarłem wprost pod teren targów. Ot, taki mały przywilej weterana… Wychodząc z parkingu moim oczom ukazała się las.. ludzi, kłębiących się do wejścia. Strasznie wielki las ludzi nie wyglądających, jakby przyjechali na targi z inną sprawą, niż wypicie jak najwięcej za cenę biletu. No tak… Niedziela.. Tradycyjny czas lokalnych amatorów wina… Nic nowego… Trzeba będzie się przemęczyć i znaleźć nić kontaktu ze zdemolowanymi ilością gości winiarzami.

A sami winiarze? Też jacyś inni. Niby ten sam bałagan, niby ten sam układ pawilonów, a jednak winiarze jacyś-tacyś…profesjonalni. Zazwyczaj reprezentowane przez członków rodzin, ich samych, tym razem nawet w takich przypadkach nie pozostawiali złudzeń, że w tych dniach interesuje ich tylko jedno słowo – sprzedaż. Przyjemność i historie zeszły na plan dalszy. Dzień pierwszy się skończył, wychodząc mijałem wielu pozbawionych już sił porannych amatorów, niejednego z nich zastając w pozycji horyzontalnej, tudzież pół modlitewnej.

I tak samo rzecz się miała niestety w poniedziałek, zazwyczaj zarezerwowany tylko dla przedstawicieli branży. Sytuacja niewiele zmieniała się też w kolejnych dniach. Jedno, co było stabilne, to pięknie świecące słońce, które tym razem stało się poniekąd przekleństwem tłumów wewnątrz sal, choć klimatyzacja robiła, co mogła.

Nie przeszkodziło mi to jednak w dotarciu do winiarzy i win, które miałem na myśli wsiadając do samolotu. Zachwycałem się i pałaszowałem z rozkoszą cudeńka lokalnej kuchni, która dzięki podnoszącym rękawicę gastronomom wzbija się na wyżyny swojej historii. Jedno wszak się nie zmieniło na pewno – moje uwielbienie dla włoskich win.

Brunello, Amarone i Barolo, Vermentino, Arneis i Greco, Franciacorta i Prosecco, Montepulciano d’Abruzzo, Dolcetto i Primitivo.

One, jak zwykle, stanęły na wysokości zadania i sprawiają, że wciąż tęsknię za następnym Vinitaly.

Loading Facebook Comments ...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *