Strona główna » Blog eksperta » Co dwie głowy…

Co dwie głowy…


…to niejedna. Z drugiej strony – gdzie kucharek sześć, tam… wiadomo. Świat wina pamięta wiele ciekawych pomysłów transoceanicznego, czy trans granicznego połączenia sił winiarzy o wielkich umiejętnościach. Ich losy jednak bywały różne… Wystarczy wspomnieć choćby historię legendarnego Opus One z Kalifornii, o toskańskim Luce nie zapominając. Powód rozstań wydaje się być dość prozaiczny – ciężko utrzymać w równowadze dwa tak silne i pewne swej pozycji organizmy. Prędzej, czy później, wydaje się,... Czytaj dalej

…to niejedna. Z drugiej strony – gdzie kucharek sześć, tam… wiadomo. Świat wina pamięta wiele ciekawych pomysłów transoceanicznego, czy trans granicznego połączenia sił winiarzy o wielkich umiejętnościach. Ich losy jednak bywały różne… Wystarczy wspomnieć choćby historię legendarnego Opus One z Kalifornii, o toskańskim Luce nie zapominając. Powód rozstań wydaje się być dość prozaiczny – ciężko utrzymać w równowadze dwa tak silne i pewne swej pozycji organizmy. Prędzej, czy później, wydaje się, że musi dojść do ochłodzenia relacji. Znane są oczywiście historie wspaniałych współprac. Takich, jak choćby projekt „l’Insieme”, w którym osiem  sąsiadujących ze sobą piemonckich winiarni tworzy w ramach projektu osiem win pod jedną nazwą, lecz o różnych cuvee. Powód sukcesu wydaje się dość prosty do określenia. I to nie jeden. Po pierwsze – są piemontczykami, mieszkającymi obok siebie, dorastającymi razem od lat, wspólnie mającymi na sercu los swojej małej, „lamoryjskiej” ojczyzny. Powód drugi jest być może mniej uroczy i sprawiedliwy, lecz to w nim upatruję najważniejszego motywu odniesionego sukcesu. Jest nim (o dziwo) nierównowaga. Nierównowaga postaci w nim uczestniczących. Na jednym biegunie dwie gwiazdy, pośrodku wspaniali rzemieślnicy, a na drugim skraju młodzież, zapatrzona w swoich starszych kolegów, dłużej ssących mleko matki ziemi, po której stąpają, lepiej ją rozumiejących.

Właśnie w tym drugim powodzie upatruję sukces projektu, z którym miałem szczęście, dokładnie – szczęście – spotkać się w ubiegłym tygodniu. Już przed otwarciem butelki, znając możliwości i miłości obydwu winiarzy, oczyma wyobraźni niemalże czułem, co za chwilę spróbuje. I może to jakiś ukryty gdzieś głęboko w moim wnętrzu pierwiastek kobiecej intuicji, a może po prostu doświadczenia z przeszłości z samodzielnymi winami producentów, których za chwilę wymienię z nazwiska, spowodowały tak trafną kreację w mojej głowie. Nosi ona imię „Eroica” i jest wspólnym dziełem dwóch absolutnie ze sobą nie korespondujących producentów oraz najlepszej pośród odmianami świata – Rieslinga. Gospodarz projektu zwie się Chateau Ste Michelle. Od dawna karmi narody wspaniałymi Cabernetami, Syrah i innymi cudeńkami. Gość nazywa się Arnie Loosen i na co dzień prowadzi jedną z absolutnie pierwszoligowych winiarni w Dolinie Moseli – Dr Loosen. A czym ta kraina stoi, wtajemniczać nikogo raczej nie trzeba. Prawda?

Teraz wyobraźcie sobie, jaki efekt mógł dać mariaż wschodzącej gwiazdy i ogranego w zdobywaniu laurów od dekad tuza? Jaki efekt mogło dać połączenie najlepszego specjalisty lokalnego podłoża i klimatu, z tym, który na wybranej odmianie, jak to mówią  – „zęby zjadł”? Nie. Nie zdradzę całej tajemnicy. Powiem tylko, byście nie patrzyli na smak tego wina przez pryzmat stereotypów o mozelskich smakach. Co innego jego faktura! Ta zgadza się co do „joty”. Nie martwcie się jednak na zapas o to, czy wino nie przeraża surowością i chłodem. Uspokójcie dusze i otwierajcie śmiało. Otwierajcie. Nie jest to najłatwiejsza panna w okolicy, ale też nie dzikus. Ot, subtelna, acz wysportowana i pewna siebie dama.

Loading Facebook Comments ...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *