Strona główna » Blog eksperta » No risk – no fun?

No risk – no fun?


No właśnie... Pewnie wielu z nas – a nie będę zaskoczony, jeżeli wszyscy zdołaliśmy się przekonać. że czasem, by zabawa była przednia, trzeba podjąć choćby niewielkie ryzyko. Efekt: nieoczekiwane rozwiązania, prześmieszne (często dla wszystkich…) wydarzenia i sytuacje. Tylko jak to się ma do chwili, gdy stojąc w nieznanym sklepie, nie raz w „zamorskim” kraju, próbujemy znaleźć dla siebie wino, którym na bank będziemy później chcieli się pochwalić. Przed samym sobą, tudzież przed sproszonymi na... Czytaj dalej

No właśnie… Pewnie wielu z nas – a nie będę zaskoczony, jeżeli wszyscy – zdołaliśmy się przekonać. że czasem, by zabawa była przednia, trzeba podjąć choćby niewielkie ryzyko. Efekt: nieoczekiwane rozwiązania, prześmieszne (często dla wszystkich…) wydarzenia i sytuacje. Tylko jak to się ma do chwili, gdy stojąc w nieznanym sklepie, nie raz w „zamorskim” kraju, próbujemy znaleźć dla siebie wino, którym na bank będziemy później chcieli się pochwalić. Przed samym sobą, tudzież przed sproszonymi na tą okoliczność entuzjastami naszych opowieści o wyprawie i spożywania zwiezionych z niej łupów…

Czemu właśnie te rozterki dzisiaj tu poruszam? Odpowiedź jest prosta i dość łatwa do odgadnięcia. Tak, tak… Wczoraj właśnie, przy okazji wakacyjnej soboty, razem z zaprzyjaźnionym „winolubami”, oddaliśmy się takiej oto próbie „pokonania z zachwytem”, rezultatów kolejnej podróży jednego z członków naszego klubu „sybarytów z własnego mianowania”. Efekt był piorunujący – 11 flasz (jesteśmy dużym klubem), wszystkie nieznanych nam wcześniej producentów, wszystkie dla nas jeszcze nieodkryte i prawie wszystkie… rozczarowujące. Jedynie 3 reprezentantów owego panelu jednokrajowego (nie, nie powiem którego), było w stanie w ogóle podjąć grę z naszą reprezentacją. Gra z całą resztą była wręcz koszmarna, z powodu ich „licznych kontuzji i chorób zakaźnych”. Trochę to przypominało mecz z ofiarami plagi… Plagi „bylejakości”, nieumiejętności i niestaranności. Wszystkie były winami wykorzystującymi nazwy pożądanych regionów, winogron, przepięknie opakowane, a które w rzeczywistości cicho prosiły o jak najszybszy powrót na łono matki Ziemi, gdzie z resztą rychle wylądowały, użyźniając jej oblicze. A miało być tak pięknie! Jak zwykle! A skończyło się „walkowerem” i „miażdżącym zwycięstwem” nad dobrze wszystkim wcześniej już znaną „drużyną rezerwową”, przyprowadzoną na plac boju wprost z domowej piwniczki. Na pewno w zwycięstwie pomogło doskonałe rozpoznanie przeciwnika zdobyte w czasie przeszłym, lecz nie da się powiedzieć, by był to nudny mecz – wręcz przeciwnie! Wygrana z „asami”, zawsze poprawia humor. 

No i jak ta opowieść ma się do tytułu? Ano ma się! Dość boleśnie, bowiem, przekonaliśmy się po raz kolejny, że czasem pewna doza zdrowego rozsądku i konserwatyzmu, może uratować nasze zdrowie psychiczne, powstrzymując przed myślami o wbiciu sobie w prosto w serce kuchennego noża, na znak żalu i protestu przed lekkomyślnością, z jaką roztrwoniliśmy rodzinną fortunę.

Powiadam zatem po raz kolejny, a czyniłem już to wcześniej nie raz i nie dwa – przy takich wyborach żartów nie ma! Zawsze lepiej wydać złote czy euro na wina, które swoją nazwą lub pochodzeniem są w stanie zagwarantować choćby zwykłą umiejętność producenta. Tak, tak… Czasem fantazja poniesie myśli tam, gdzie nie powinna, lecz jeżeli nie mamy przy sobie zorientowanego „pomagiera”, choćby w postaci kieszonkowego przewodnika, wybierajmy wina, które znamy, lub które informacjami na etykiecie są w stanie powiedzieć, kto stoi za ową flaszą. Owszem, można ryzykować. Tylko, po co? Czy zawsze trzeba próbować być lub mieć najoryginalniejsze? Z pewnością nie! Szczególnie, gdy ryzykujemy nasz wizerunek lub dobrą zabawę.

Bez dwóch zdań lepiej wtedy sięgać po to, co choćby dobrze znane, to znane z dobrej strony. Weźmy choćby na warsztat producentów złączonych w „Premium Familiae Vini” – Paul Jaboulet Aine, Hugel, Drouhin i pozostałych ośmiu, które samą marką gwarantują wszystko, na co chcemy wydać pieniądze kupując butelkę wina – pewność, atrakcyjność. Albo choćby Chateau Bela, za którym stoi „Cesarz Mozeli” Egon Muller, czy tokajski Oremus – dziecko najsłynniejszej winiarni Hiszpani, czyli Vega Sicilia. Takich producentów jest wielu – Santa Carolina, Sella&Mosca, Montecillo, Wolf Blass, Masi – można ich wymieniać jeszcze długo.

Rzecz w tym by pamiętać, że sięgając po ich butelki, tak w domu czy podczas spotkania w restauracji, zdejmujemy sobie z głowy jeden istotny problem – naszą reputację i dobre samopoczucie. A ryzyko powalenia na podłogę, spowodowanego osłabieniem organizmu z powodu odrazy do aromatów wydobywających się z wnętrza szklanego opakowania, pozostawmy profesjonalistom – nierzadko po prostu nawet to lubią, a nie raz potrzebują, by wrócić na Ziemię po serii „ochów” udanego panelu…

 

Pozdrawiam

Tomasz Kolecki-Majewicz

Loading Facebook Comments ...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *