Strona główna » Blog eksperta » O ProWeinie raz jeszcze.

O ProWeinie raz jeszcze.


Tegoroczny ProWein, jedne z największych targów winiarskich w Europie, jak zwykle przyciągnął „rzesze” (o! jakie trafione określenie…) producentów i ludzi związanych z branżą winiarską z całego świata. Gdzie się człowiek nie obejrzał, płynęły rozmowy w przeróżnych językach. Dość ciekawym spostrzeżeniem była z pewnością mnogość prowadzonych w języku… polskim. Dało to świetny dla mnie, samolubnie rzecz biorąc, efekt – wspólną kolację z Redaktorami Magazynu „Wino” i Agnieszką Wojtowicz Jach, reprezentująca... Czytaj dalej

Tegoroczny ProWein, jedne z największych targów winiarskich w Europie, jak zwykle przyciągnął „rzesze” (o! jakie trafione określenie…) producentów i ludzi związanych z branżą winiarską z całego świata. Gdzie się człowiek nie obejrzał, płynęły rozmowy w przeróżnych językach. Dość ciekawym spostrzeżeniem była z pewnością mnogość prowadzonych w języku… polskim. Dało to świetny dla mnie, samolubnie rzecz biorąc, efekt – wspólną kolację z Redaktorami Magazynu „Wino” i Agnieszką Wojtowicz-Jach, reprezentująca w czasie targów California Wine Institute. Cała rzecz mogła odbyć się tylko w jednym miejscu, czyli najstarszej browarni w mieście – Schumacher, która jest obowiązkowym punktem programu biorących udział w targach. Przy sąsiednich stolikach, nad domowym i piwem i obowiązkową wręcz  w tym miejscu golonką, rozbrzmiewały zdania we wszystkich ważnych w świecie wina językach. Długie i głośne, z każda chwilą głośniejsze…

Pierwszy dzień targów spędziłem w hali nr 6, którą zajęli winiarze z „Nowego Świata”, Hiszpanii i Portugalii. Idąc zgodnie z ustalonym wcześniej planem, zacząłem od Półwyspu Iberyjskiego, w poszukiwaniu nowych skarbów z apelacji w naszej ofercie jeszcze nie reprezentowanych, choć nie ma ich wielu. Na pierwszy ogień – Walencja i Murcia. Podążając w kierunku stoiska producenta upatrzonego wcześniej, kątem oka zauważyłem dość ciekawą flaszę Moscatela. Znacie te chwile, gdy kobieca intuicja, czy też przebłysk geniuszu, powoduje człowiekiem nieodwołalnie. Tym razem z pewnością było to pierwsze z tych zjawisk, bo choć kobietą nie jestem, od maleńkości przebywając w ich przewadze w moim środowisku naturalnym, musiałem się tej umiejętności nabawić. Pierwszym winem było białe, cuvee lokalnych dla Alicante szczepów. Mniam! Cena też mniam. Przyszła kolej na krzepki czerwony Monastrell. Trzymały fason jeszcze lepiej. Ceny nadal miłe dla ucha. Na koniec – dziwoląg, czyli Cabernet Sauvignon w wersji poważnej. Jest poważny. Cena mniej. Na koniec przyszła pora na „gwóźdź programu”, któremu jeszcze przed targami postanowiłem oddać część poszukiwań –  Moscatel. Piękny, pachnący, uroczy, słodziutki, bez ociężałości. Cena też. Cóż za udany początek!

Gnany wewnętrznym imperatywem trafiłem do drugiego kandydata. I tu już tak pięknie, jak z opowieści wynikać by mogło, niestety nie było. Nie traćmy więc czasu pędźmy dalej. Utiel-Requena czeka. Poczekała. I „very, very good”! A raczej – muy bien! Świetne, radosne, smakowite wina, będące połączeniem lokalnego specjału, jakim jest tęgi i owocowy Bobal, z odmianami międzynarodowymi. Niby mezalians, a jakie dzieci! I w dodatku szanujące nabywców kosztami obsługi.

Po kilku przypadkowych potknięciach i stracie czasu, dotarłem wreszcie do winiarzy z Alentejo. Bardzo miły fragment dnia. Z dwóch powodów. Pierwszym było spotkanie z producentem bardzo udanych win codziennych, którego obserwujemy od dłuższego czasu. I słusznie. I będzie z tego sporo dobrych wrażeń dla wszystkich. Drugim powodem było odnalezienie możliwości wykrzesania w sobie samym, wspomnianego wcześniej błysku geniuszu. Mijając rzędy win podobnych pod wieloma względami, przestałem zwracać uwagę na flasze i poświęcić ją obserwacji ludzi za nimi stojących. Moją uwagę przykuła trójka młodych ludzi, którzy jako jedni z niewielu, sprawiali wrażenie szczęśliwych mimo wyczerpującego dnia i przekonanych o jakości swoich dzieł. I mieli rację. Ba! Świętą rację. A nazwy win wymarzone dla Winezji. Nie, nie powiem jeszcze jakie, lecz czytając te słowa, jedną już znacie.

Drugi dzień poszukiwań zaplanowałem poświęcić penetracji Francji . Oczywiście – nie całej. Tylko południowej. Langwedocja , Roussillon i Sud-Ouest stały przede mną otworem w pawilonie nr 5. Czas więc najwyższy, by tą okazję wykorzystać jak najlepiej…

Czas pozostawiony przy stoiskach winiarzy z Południowego Zachodu można uznać za nieco stracony. Ich niewielka reprezentacja niestety nie odnalazła potwierdzenia w powiedzenie, że „małe jest piękne”. Tym razem małe było małe…

Inaczej sprawa ma się z poszukiwaniem ciekawych i wartościowych win Langwedocji. Spośród wszystkich prób, co najmniej dwie są warte chwili, by się przy nich zatrzymać . Po pierwsze – duży producent codziennych, doskonale wycenionych do swojej prostej, acz umiejętnej konstrukcji i zachęcającej natury. Syrah, Viognier, Grenache i kilka innych odmian  w solowych wydaniach, we wszystkich kolorach.  Kapitalna sprawa. Po chwili przyszedł czas na show producenta z apelacji Saint-Chinian, którego Vin de Pay’s były po prostu rewelacyjne, a wina apelacyjne wręcz fantastyczne, wciąż sensownie się ceniąc.

Ostatni zachwyt spotkał mnie przy niewielkim stoisku małej winiarni z Roussillon. Zachwyt to w sumie słowo nieco … za małe. Tym razem, nawet mając świadomość bycia posądzanym w różnych płaszczyznach,  nie zawaham się huknąć z „grubej rury” – to był istny orgazm organoleptyczny! Rzadko kiedy każda różnica w klasyfikacji wina, jego cenie, jest wynagradzana w taki sposób, jaki ma miejsce w tym przypadku. Może tu znów potwierdza się teoria o kobiecej intuicji, bo wine-makerem jest przedstawiciel płci pięknej. Takiej klasy wytrawnego Muscat, w tak zachwycającej cenie, oprócz kilku win z Tokaju i Górnej Adygi, nie pamiętam. Lecz tamte, paradoksalnie, były ciut droższe. A takiego Grenache, jaki wyszedł był spod ręki tej eleganckiej istoty, nie znajdziecie ani ze świeczka, ani nawet z halogenowa latarką. Jednym słowem: producent – mistrz. Wina – też mistrz.

Wolne chwile oddałem naszym producentom, którzy czekali, by pokazać nowe pomysły swoich enologów. Nie wypada wiec o tym nie wspomnieć, tym bardziej, że większość to bardzo udane próby. Trapiche przygotowało nowe wina z serii „Broquel” – Petit Verdot i Cabernet Franc. Mam nadzieję, że szybko uzupełnią ofertę Winezji. Im szybciej, tym lepiej. Nie inaczej sprawa ma się z Reichsgraf von Kesselstatt, naszym niemieckim „przodownikiem” Rieslinga. Orzeźwiający  „Sommerpalais” nie pozwala się powstrzymać od chęci na kolejny łyk, a Josephshofer Auslese 1999, wyprodukowane ku uczczeniu jubileuszu posiadłości, bezlitośnie urzeka złożonością i subtelnością. A Pares Balta przyszykował „Indigenę”, czyli  mniejszą siostrę bardzo popularnej „Hisenda Miret”.

Teraz przyjdzie czas na przeszukiwanie nowych regionów Włoch, lecz to dopiero za tydzień, gdy w Weronie rozpoczną się jeszcze większe niż w Dusseldorfie zawody – Vinitaly. Relacje na żywo i szerszy opis w blogu gwarantowane. A wcześniej degustacje en-primeur w komnatach zacnych Chateaux w Bordeaux.

Loading Facebook Comments ...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *