Strona główna » Blog eksperta » Pełnoletni szczeniak

Pełnoletni szczeniak


To w końcu musiało się stać. Kolejne spotkanie w męskim gronie, prowadzone w dość wąskim aspekcie. Przerwa była już zbyt długa, a jak wiadomo – przyroda nie lubi próżni… Ostatni raz zabawa dotyczyła rodańskich Viognier i innych klasycznych bieli regionu. … Czytaj dalej


Dostępność: Więcej niż 24 szt.
47,99 zł

Dostępność: Mniej niż 24 szt.
69,99 zł

Dostępność: Więcej niż 24 szt.

To w końcu musiało się stać. Kolejne spotkanie w męskim gronie, prowadzone w dość wąskim aspekcie. Przerwa była już zbyt długa, a jak wiadomo – przyroda nie lubi próżni… Ostatni raz zabawa dotyczyła rodańskich Viognier i innych klasycznych bieli regionu. Tym razem wybór padł na jedyny słuszny o tej porze roku. No… Może troszkę przespaliśmy, lecz od razu usprawiedliwiam, że pierwszy zamyślony termin był jak najbardziej „na czasie”.

Zebraliśmy się wokół stołu uzupełnionymi szkłami do Pinot Noir i Nebbiolo, a na komodzie równym rzędem stało siedem butelek Barolo, od iście tradycyjnie myślącego o nim producenta. Towarzyszył im klasyczny szampan vintage AD2007, oczywiście spełniający rolę aperitifu, butelka piemonckiej grappy di moscato, starzonej osiem lat w dębowych baryłkach, oraz regionalny unikat spod tej samej ręki, co sąsiadujące Nebbiola, czyli Freisa z rocznika 2011. Szczep znany od dawna, i od równie długiego czasu czekający na swój czas rozkwitu w winnicach. Jak na razie – bezskutecznie. Prawdopodobnie duże znaczenie ma jego podobieństwo do lokalnego hegemona, przy nieco mniej korpulentnej posturze. Jednak pojawienie się flaszek od topowych producentów z Langhe, może zwiastować rychłą zmianę w optyce pozostałych. A wtedy… wiadomo. Tak, czy inaczej – sprawiła nam dużo przyjemnych wrażeń i przyniosła nowe doświadczenie.

Wróćmy jednak do głównego bohatera czyli: Barolo! Swoje szaty pięknie i dumnie prezentowały flaszki z rocznikami 2008, 2004, 1998, 1997, 1996, 1995 i 1961. Tak – to ostatnie to nie pomyłka, ale o tym później. Rocznik 2008 od początku był traktowany prognozowo. I słusznie, bo jeszcze długa droga przed nim, nim dorośnie. 2004 jeszcze rok temu zbierał się do dojrzałości, a teraz powoli zaczyna się do niej zbliżać. Zaczyna… 1998 niestety okazał się być skażony chorobą korka. Smutek… 1997 w całej krasie pokazał nader ciepły charakter rocznika. Dojrzałe owoce, krzepa i pełna gotowość do współpracy. 1995 dorzucił nieco ziemistości, nut umami i pluszowej faktury. 1961 zestarzał się tak pięknie i godnie, że lepiej chyba po prostu nie mógł. Czysty jak łza, dostojny, w pełni zjednoczony, grający nutami wszystkich kategorii życia, a przy tym wciąż o czerstwej posturze. Chciałbym być w takiej kondycji w tym samym wieku…

Nadszedł jednak czas na dwa słowa o roczniku, który celowo pominąłem we wcześniejszym akapicie. 1996! Jeden z roczników nad rocznikami w piemonckiej historii. Oczekiwania zatem mieliśmy co najmniej spore, eufemistycznie określając ich skalę. A tymczasem… to, co zastaliśmy w kieliszkach, zmusiło mnie do chwycenia szczęki i podniesienia jej z blatu stołu na jej naturalne miejsce. Ojeju! W wieku, w którym mogłoby już zamawiać alkohol i wchodzić do każdego przybytku, nawet w najbardziej surowych częściach USA, ono wciąż się prezentuje jak uczeń pierwszych klas szkoły podstawowej! Mocarne, młodzieńcze aromatami świeżutkich owoców i płatków róży, delikatnie skropionych korzenno- smolisto perfumą. Jakby nie zauważało w ogóle upływającego czasu. Od razu rodzi się pytanie: gdzie znajduje się limit jego bytności. I szczerze powiem: nie mam bladego pojęcia… Najlepsze roczniki potrafią żyć i sześć – siedem dekad. I wcale bym się nie zdziwił, gdyby ta reguła dotknęła tego przypadku. Obym miał okazję to sprawdzić. Bardzo bym chciał!

Autor: Tomasz Kolecki

Loading Facebook Comments ...

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *