Strona główna » Blog eksperta » Rarytasy z podróży po Francji

Rarytasy z podróży po Francji


Zaczęło się w samo południe. Areną wydarzenia był Frideric Chopin Okęcie Airoprt. Tam się spotkaliśmy. Cytując klasyka: „Było nas trzech. W każdym z nas inna krew, ale jeden połączył nas cel” – Bordeaux i degustacje en primeur! Czytając plan działań rozpoznawczych na obcym terenie, uśmiech sam malował się na twarzach. Nie mogło być inaczej, jako że lista chateau do zdobycia wyglądała nader obiecująco!  Ale! Po kolei. Podróż – normalka. Duży samolot, krótszy samolot i rozterka, jaki rozmiar... Czytaj dalej

Zaczęło się w samo południe. Areną wydarzenia był Frideric Chopin Okęcie Airoprt. Tam się spotkaliśmy. Cytując klasyka: „Było nas trzech. W każdym z nas inna krew, ale jeden połączył nas cel” – Bordeaux i degustacje en-primeur! Czytając plan działań rozpoznawczych na obcym terenie, uśmiech sam malował się na twarzach. Nie mogło być inaczej, jako że lista chateau do zdobycia wyglądała nader obiecująco!  Ale! Po kolei.

Podróż – normalka. Duży samolot, krótszy samolot i rozterka, jaki rozmiar auta objąć w krótkotrwałe posiadanie. W końcu miało nas być sześciu. Kolejnych trzech amatorów sfermentowanego moszczu, władających na co dzień kilkoma znakomitymi lokalami kategorii „S”, z restauracjami „Stary Dom” i „Papu” w Warszawie, na czele. Nadciągali z Paryża, w którym zrezygnowali z etapu „krótszy samolot”. Po uzgodnieniu, że ich aktualny rydwan pomieści całą czeredkę, ruszyliśmy do butikowego hotelu „Pavillon de Saint Aubin”(ale nie burgundzkie), którego właścicielem jest jeden z najlepszych francuskich szefów kuchni – Thierry Arbeau. Dowody uznania można zobaczyć już przy wejściu, w postaci niezliczonych gwiazdek, naklejek i tabliczek z logo znanych przewodników i krytyków gastronomicznych.

Pierwsza praca została wykonana jeszcze tego samego wieczora, w położonym w apelacji Saint-Estephe,  Chateau Phelan-Segur. Po krótkim, acz zacnym aperitifie w postaci szampana Billecart-Salmon Millesime2000, serwowanego z flasz „Magnum”, zostaliśmy zaproszeni do sali, gdzie przygotowano do prób 11 ostatnich roczników pierwszej etykiety. Rzadka okazja obserwacji różnic pomiędzy rocznikami, ale także tych wynikających z wieku win. 2010 niemalże gotowy do picia, miękki, sycący, uroczy. Z pozostałych, jako łączącego na co dzień wino i jedzenie, urzekły mnie roczniki 2007 i 2002. Piekielnie użyteczne i świetnej kondycji. Za to 2009 i 2000 nie pozostawiły wątpliwości, dlaczego było o nie tyle szumu. Największe zaskoczenie – znakomita forma rocznika 2003, o którym wielu mówiło, że po swojej młodzieńczej obfitości szybko zgaśnie. Nic z tych rzeczy! 2001, 2004, 2006 i 2008 klasyczne, trzymające szablon i fason. Po pracy należy się strawa, trzeba przyznać – nielicha. Do niej starsze roczniki, wśród których mi najbardziej zaimponował przebywający w apogeum 1996, za to 1993 budził najwięcej kontrowersji.
Początek drugiego dnia należał do znanego negocjanta, firmy Dourthe, mającej w swoim posiadaniu wiele posiadłości, a wśród nich Chateau Belgrave, reprezentujące Haut-Medoc. To właśnie w nim przygotowano salę degustacyjną, w której serwowano zestawy tematyczne z poszczególnych apelacji. Zestawów było ponad dwadzieścia, a w każdym kilkanaście win. Selekcję staraliśmy się więc ograniczyć przede wszystkim do win,  których nie mieliśmy już spotkać w czasie późniejszych wojaży. Rozstrzał stylistyczny potężnie nas zaskoczył. Niemal  w każdej serii znajdowaliśmy wina reprezentujące odległe bieguny. Od szorstkich, mało uroczych, czekających na osiągnięcie dojrzałości i integracji, po potężne, ekstraktywne i bogate w smaku bomby, pod którymi myśląc stereotypowo, w ciemno można podpisać najsłynniejszego „latającego wine-makera” na kuli ziemskiej, czyli Michell’a Rolland’a, z którego usług chętnie się w Bordeaux korzysta. Sam zainteresowany zresztą także się pojawił.  
Popołudnie należało do Medoc, którego wina w Chateau Branaire-Ducru prezentowała Union des Grand Crus de Bordeaux. Pauillac, Saint-Estephe i Saint-Julien dumnie wypinały piersi zza swoich legendarnych chateau. Jedno trzeba przyznać – niezależnie od odmienności win, większość można śmiało obwołać świetnymi. Moi faworyci: Chateau Pichon-Longueville Baron (sam jestem zaskoczony, jako że zazwyczaj preferowałem wersję Comtesse, choć i ta posiadłość wyczarowała godne siebie wino), Chateau Lynch-Bages, Chateau Clerc Millon i oczywiście Chateau d’Armaillhac. Cała ta lista potwierdza zresztą nieomylnie moją słabość do win  Pauillac, czego się w ogóle nie wstydzę. Margaux też uwielbiam i nic na to nie poradzę.

No właśnie – Margaux. Moja ulubiona apelacja. Nie można lubić Margaux, być w Margaux i nie odwiedzić ikony i jedynego w niej 1-ere Grand Cru Classe, czyli Chateau Margaux. Zamek i jego otoczenie imponują rozmachem, który nieco przyćmiewa sąsiadujące Chateau Palmer. Z drugiej jednak strony pozwala dostrzec jego skromność i odnaleźć w sobie romantyczną duszę. Fajnie, jednak wracamy do „tuza”. Ten rocznik dla Chateau Margaux jest wyjątkowy z co najmniej dwóch powodów. Pierwszym jest decyzja o powstaniu nowej, trzeciej etykiety. Jeszcze nie zapadły ostatnie, szczegółowe decyzje, lecz projekt jest powzięty. Drugim powodem, jest skład pierwszego wina – niemalże czysty Cabernet Sauvignon. Takiej dominanty jednego szczepu w pierwszym cuvee jeszcze nie było! Pavillon, czyli drugie wino zamku, białe i czerwone, po raz kolejny wysłało do degustujących informację, że choć jest drugie, bije na głowę wiele pierwszych innych posiadłości.

Wieczór zaplanowaliśmy w przeżywającej renesans w małej gwieździe Margaux – Chateau Dauzac. To Grand Cru Classe przeszło już jakiś czas temu w ręce Andre Lourtona, jednego z najbardziej znamienitych winiarzy regionu. To nie mogło nie odbić się na jakości win posiadłości, a szczególnie mocno zaawansowane prace nad geologią parcel i hiperstaranną winifikacją, nawet jak na warunki Bordeaux. Poznaliśmy wina z sześciu ostatnich roczników, które potwierdziły wcześniejsze obserwacje z pierwszego wieczoru. Do menu, jak tradycja widocznie nakazuje,  gospodarze dobrali stare roczniki, po raz kolejny utwierdzając nas w przekonaniu, że w takich sytuacjach dojrzałe Bordeaux jest jednym z najlepszych pomysłów, na jakie można wpaść łącząc wino i wykwintne potrawy, nawet nietypowe dla lokalnej kuchni.

Dzień trzeci spędziliśmy po drugiej, potocznie zwanej „merlociasta”,  stronie regionu. W Chateau La Pointe,  Union des Grand Crus de Bordeaux prezentowała rocznik 2010 win z apelacji Pomerol, najbardziej zdominowanej przez Merlot spośród wszystkich najważniejszych części  Bordeaux, wspierany różnej wielkości, lub wcale, dodatkami innych odmian, głównie Cabernet Franc. Tu ciekawa obserwacja, o ile generalnie dominował styl nieco powściągliwy, niezbyt mocno ”rasowany” pod międzynarodowe gusta, o tyle amplituda technicznej strony trunków było bardzo szeroko rozpięta. Najmocniej w mojej pamięci i ocenie jawi się Chateua Gazin. Prawdziwie „oldskulowe”, doskonale poskładane przez enologów i urzekające swą subtelnością duszy połączoną z krzepkością ciała. Spośród reszty na pewno warto wymienić nowa odsłonę win Chateau La Pointe, choć tu muszę szczerze przyznać, że w rękach rodziny Arfeuille, wina tej posiadłości zdecydowanie mocniej prezentowały odmienny od pozostałych najważniejszych apelacji, styl Pomerol  i chętnie dalej takimi bym je widział, choć rozumiem ciągoty, które spowodowały podjęcie przez nowych właścicieli, decyzji o pójściu w drugą stronę.  

Kontynuując wojaże po tej stronie rzeki, udaliśmy się nieco na północ, do Saint-Emilion. W Chateau La Couspade, Union des Grand Crus de Bordeaux, zorganizowała pokaz swoich przedstawicieli w tej apelacji, często zresztą prezentowanej przez „znawców tematu”, jako zdominowanej przez Merlot. Owszem, odgrywa tu dość ważną rolę, jednak w wielu najsłynniejszych kupażach stanowi drugą, lub trzecią siłę, o czym świadczy choćby legendarne Chateau Figeac. Tu warto od razu dodać, że w tym roczniku, choć chciałoby się powiedzieć: jak zwykle, wino tej posiadłość jest jednym z najlepszych w regionie. Prawdziwy majstersztyk. Cena, niestety, mocno to podkreśla. Natomiast w kategorii „value for money”, absolutnym hitem degustacji jawiło się cuvee gospodarzy degustacji, czyli Chateau La Couspade. Cenie tylko przyklasnąć, winem tylko się delektować! Naturalnie udanych win było więcej, ba! zaskakująco dużo. Bardzo równy, pomiędzy posiadłościami, rocznik! Ze swojej strony, na pewno chciałbym wyróżnić Chateau Troplong Mondot i Chateau Trotte Vieille.

Prosto z Saint-Emilion udaliśmy się do leżącego po drugiej stronie rzeki Graves, którego nazwa wzięła się od dominującego lokalny krajobraz żwiru, pokrywającego wierzchnią część podłoża. W Chateau Lagrave-Martillac czekała nas kolejna degustacja zorganizowana przez Union des Grand Crus de Bordeaux. Tu po raz pierwszy zanurzyliśmy się w wina białe, z których ta część regionu słynie. Oparte głównie na odmianach Sauvignon Blanc i Gris oraz Semillon, są jednymi z najlepszych i niepowtarzalnych białych win produkowanych na swiecie, a na pewno jednymi z niewielu reprezentantów takiej konstrukcji zdolnych przeżyć dekadę i więcej. Razem z naszym  wspaniałym aktorem, Piotrem Adamczykiem, którego pasja do wina na pewno nie ustępuje tej, z której znamy już jego „kolegę po fachu”, brnęliśmy przez kolejne etykiety, w miarę zgodnie uznając Chateau Rahoul za najciekawsze odkrycie, a Domaine de Chevallier za niepowtarzalną doskonałość. Wina czerwone w Graves, a dokładniej z apelacji Pessac-Leognan, były z jednej strony bardziej do siebie podobne, z drugiej mocno odbiegające od stereotypowego „kanciastego” wzoru. Nieco „naburmuszone”, silne, intensywne, potwierdzały opowieści o hojności ciepła , jaką natura obdarzyła winnice w roczniku 2010.

Kolację, zresztą tak postanowiliśmy już pierwszego dnia, powierzyliśmy mistrzowi Arbeau. Menu degustacyjne, którym nas uraczył,  a także nasze jego komentarze i „achy i ochy”, można by opisać w osobnym wpisie. A krótko – wariacje smaków z wykorzystaniem krewetek, foie-gras, homara i gołębia jako bazy. Do tego zacne trunki, oczywiście francuskie, lecz dla lekkiej przekory, burgundzkie. Jest co wspominać. Pewnie nie omieszkam się nimi podzielić przy pierwszej okazji.
Drugim w kolejności odwiedzin przedstawicielem „Wielkiej Piątki, czyli posiadłości 1-ere Grand Cru Classe, lecz pierwszym powstałymi, było Chateau Haut Brion. Sama posiadłość wręcz onieśmiela dyskretnym przepychem. Gdzie nie spojrzeć, historia wręcz wychodzi ze ścian. W przepięknej sali zajęliśmy wskazane „miejsca pracy”, których nakrycie nie pozostawiło nam żadnych złudzeń – testujemy wszystkie siedem najważniejszych win posiadłości i „bliźniaczego” Chateau La Mission Haut-Brion. Nawet gdyby chcieć „przyłożyć mistrzowi”, nie mogliśmy znaleźć powodów. Wina czerwone cudowne, klasyczne, powściągliwe, finezyjnie złożone. Wina białe, mówiąc bez ogródek, obezwładniające. Szczególnie zapadło mi w pamięci białe Mission. Jak powiedziała Kasia Skrzynecka w odcinku o „farbowanym” sommelierze, programu „Druga Twarz”: „Aj, aj! To będzie raj!” Mieliśmy także okazję wymienić spostrzeżenia z właścicielem zamku, księciem Robertem de Luxembourg, którego zresztą mieliśmy okazje gościć w Warszawie tydzień później, degustując razem z nim wina z poprzednich roczników
Ostatnim przystankiem, nieco ad-hoc, było Chateau Pape-Clement. Przepiękna posiadłość, ze starannie wystrzyżonymi żywopłotami i mnóstwem detali odwołujących się do postaci papieża Klemensa V, urzędującego na „Tronie Piotrowym” w XIII wieku, który był także znany z zamiłowania do winogrodnictwa. Mieliśmy okazję spróbować, znakomitych zresztą w większości, win gospodarzy, a także wielu innych posiadłości z różnych krajów, jako że aktualnie posiadłość jest także jednym z negocjant. Ciekawostką były wina pod którymi podpisuje się znany francuski aktor – Gerard Depardieu. Muszę przyznać, że jego role miały nieco równiejszy poziom niż same trunki, wśród których można znaleźć zarówno wina ciekawe, jak i po prostu słabe.

Loading Facebook Comments ...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *