Strona główna » Blog eksperta » Smaczne targi.

Smaczne targi.


Po długich i ciężkich cierpieniach na lotnisku w Bolonii udało się wreszcie o 4 rano, powrócić na łono własnego łóżeczka. Po chwili na zaległą korespondencję i przywrócenie umysłu do stanu używalności, nadszedł czas na podsumowanie wizyty, a właściwie ciężkiej pracy (serio!), na targach „SAPORE”, które właśnie zakończyły swoją gościnę w Rimini, znanym raczej z oblężenia przez głodnych słońca turystów. Była to moja pierwsza wizyta na tej imprezie, lecz raczej nie ostatnia. Dlaczego tak uważam? Z... Czytaj dalej

Po długich i ciężkich cierpieniach na lotnisku w Bolonii – udało się wreszcie – o 4 rano, powrócić na łono własnego łóżeczka. Po chwili na zaległą korespondencję i przywrócenie umysłu do stanu używalności, nadszedł czas na podsumowanie wizyty, a właściwie ciężkiej pracy (serio!), na targach „SAPORE”, które właśnie zakończyły swoją gościnę w Rimini, znanym raczej z oblężenia przez głodnych słońca turystów. Była to moja pierwsza wizyta na tej imprezie, lecz raczej nie ostatnia. Dlaczego tak uważam? Z wielu powodów. Po pierwsze: organizacja. Jak na włoską rzeczywistość, szalenie profesjonalnie (czytaj systematycznie) poprowadzona impreza. Spotkania na czas, z wybranymi producentami, z interesujących branż. Po drugie: produkty. Większość z małych lub średnich przedsiębiorstw rodzinnych, z mniej znanych regionów i apelacji, które na wielkich wydarzeniach, takich jak nadchodzące Vinitaly i Fieragricola, nie mają siły przebicia. Tu zaś miały szansę skoncentrować na sobie pełną uwagę publiczności.

Produkty zdecydowanie były najmocniejszą stroną targów. Piwa, pasty, przetwory, owoce morza, oliwy, octy balsamiczne i rzecz jasna, wina. Sam nie wiem ,co sprawiło mi większą przyjemność i dało nowe doświadczenia z włoską szkołą dobrego życia. Z racji powinności skupię się jednak przede wszystkim na winach.

Najwięcej mojego entuzjazmu, co jest sporym zaskoczeniem, zyskały sobie wina ze starych, choć mało poważanych na międzynarodowych rynkach apelacji Emlia-Romagna. Pogardzana przez wielu Albana di Romagna, szczególnie jednego z producentów, tworzona na kształt metody niemieckiego spatlese, powaliła moje kubki smakowe. Doskonała kontrola nad fizjologią gron, świetna, choć szalenie skomplikowana i pracochłonna praca w winnicach i winiarni, dały efekt piorunujący. Jednak jeszcze większym zaskoczeniem okazało się Sangiovese di Romagna Superiore Classico. Zaprawdę – ”klasiko”, a jeszcze bardziej „superiore”! Śmiało mogłoby ruszyć do walki z wielkimi braćmi z Toskanii. Za wiele lepszą, choć nie niską, cenę. Kolejnym miłym odkryciem, były wina jednej z najstarszych firm produkujących wino we Włoszech, wytwarzającej je we friulijskich Colli Orientali. Klasowe wina białe, świetnie prezentujące odmiany i region pochodzenia czerwone, przepyszny i wybornie zrównoważony słodki Picolit – prawdziwa „perełka” północno-wschodnich Włoch. Udało się spotkać jeszcze klasowe wina z Kampanii, szczególnie z Irpinii, lecz niezatarte szczerością swoich dzieł wrażenie, wywarł na mnie producent z Abruzji. Na sześć win obojga kolorów, w pięciu pozostało nieco cukru resztkowego. Nieco. Dawało to wina wręcz banalnie smaczne, zwłaszcza jeden z kupaży, dosłownie prezentujący się jakby był wyciśnięty, z truskawki. Wino o tyleż bezpretensjonalne, co urocze.

Reszta produktów, poza nielicznymi wyjątkami, prezentowała niewątpliwie dobry poziom, po raz kolejny udowadniając smutny fakt, iż omamieni wielkimi nazwami i nazwiskami, gubimy autentyczne perełki mniej „rozbuchanych” przez media i marketing regionów. Patrzcie łaskawym okiem na Emilia-Romagna, Friuli, Kampanię i Abruzję. Naprawdę, nie trzeba będzie długo czekać, gdy ich gwiazdy dorównają statusem sławy starym wyjadaczom.

Loading Facebook Comments ...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *