Strona główna » Blog eksperta » Sukces rodzi się w bólach…

Sukces rodzi się w bólach…


Nazywamy się „cywilizacją informacyjną”. I tak się zastanawiam, czy wszystkie informacje są nam niezbędne do życia? Czasami przecież aż strach bierze przed tym, by włączyć telewizor czy dajmy na to, komputer. A to się coś trzęsie, a to zawala, a to taka afera albo inna… Świat winiarski też miał swoje afery – cichsze i głośniejsze, większe i mniejsze, bardziej i mniej eksploatowane. Największą w aktualnej historii bez wątpienia była „afera glikolowa” z 1985 roku, którą spowodował proceder dodawania... Czytaj dalej

Nazywamy się „cywilizacją informacyjną”. I tak się zastanawiam, czy wszystkie informacje są nam niezbędne do życia? Czasami przecież aż strach bierze przed tym, by włączyć telewizor czy dajmy na to, komputer. A to się coś trzęsie, a to zawala, a to taka afera albo inna…

Świat winiarski też miał swoje afery – cichsze i głośniejsze, większe i mniejsze, bardziej i mniej eksploatowane. Największą w aktualnej historii bez wątpienia była „afera glikolowa” z 1985 roku, którą spowodował proceder dodawania do wina glikolu, który miał za zadania nadać wodnistym winom nieco krągłości.  Uprawiany był przez zaledwie garstkę winiarzy austriackich, a zapłacili za to wszyscy producenci kraju. Smutne to, choć paradoksalnie…

…to właśnie ta historia wyniosła winiarstwo Austrii na wyżyny i nadała mu rozpędu, który trwa nieprzerwanie do dziś. Niemała w tym zasługa nowych regulacji prawnych, którymi skutkowało całe zamieszanie. Do tej pory zresztą są uważane są za jedne najdoskonalszych, a inne kraje winiarskie z ochotą sięgają po te właśnie rozwiązania. Z jednej strony bardzo liberalne, ale z drugiej… nie ma przebacz! I nikomu do tej pory jakoś nie chciało się sprawdzać … I bardzo dobrze! I niech tak będzie!

A my? Co z tego dla nas?! A my dzięki temu możemy delektować się specjałami made by naród Franciszka Józefa, które od dwudziestu lat szaleją w przeróżnych konkursach i szturmem wdarły się w elitę światową, co chwilę zajmując należne im miejsca na podium. Wina białe, wina słodkie. Ba! Wina czerwone także, a jakże! I pomyśleć, że cała produkcja Austrii to aż… 1% produkcji światowej, a tam gdzie o producencie z Rzeszy Wschodniej mówi się „duży”, tam w wielu innych krajach zaczyna się ekonomiczny sens uprawy winorośli i fermentacji soku jej owoców.

Kto jeszcze nie poznał wytrawnych niczym sztylet Rieslingów, czy mineralnych niczym kawałek Alp Gruner Veltlinerów, bez zwłoki powinien sięgnąć po wina rześkie niczym górski potok, choćby takie, jakie produkuje w Kamptal gwiazda nad gwiazdami, czyli Willi Brundlmayer. I choć zazdrośni twierdzą, że „Willi to, Willi tamto”, to w końcu z jakiegoś powodu zazdrośni przecież są. Hę? 

A czerwone? Zapytacie: a co z czerwonymi? Ano moi drodzy, czasy cienkusza do wszystkiego się skończyły. Poczciwego, starego Zweigelta, dajmy na to w Karyntii, traktuje się już całkiem inaczej, pozwalając mu nieco naprężyć drobne muskuły. „Pudzianem” to on raczej nie będzie, ale wina, jakie oferują nowocześni winiarze, jak np. Artner, z powodzeniem mogłyby być wysportowanym karateką. Żywe, pełne energii, z soczystą „fangą” prosto w nos i sprężystym kręgosłupem. No i Pinot Noir! Pinot Noir! Niezwykle rzadko po za Burgundią winiarze mają szansę wydobyć z niego to, co najlepsze: subtelność, zwiewność i złożoność aromatów. A w Austrii tak się właśnie często sprawa ma.

No a teraz czas na „niezwykle mądrą refleksję”, która jest tak oczywista jak… : bez ambicji i ciężkiej pracy niewiele będzie opowieści, którymi z dumą podzielimy się kiedyś z kolejnymi generacjami. By się o tym przekonać, wystarczy wszak popatrzeć na informacje w TV…     

Pozdrawiam
Tomasz Kolecki-Majewicz

Loading Facebook Comments ...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *