Strona główna » Blog eksperta » Udawać każdy może

Udawać każdy może


Tylko: po co? Ani to zdrowe dla samego siebie, ani raczej niewiele, a nawet nic, nie zmienia w odbieraniu nas przez otoczenie. Przynajmniej w zagadnieniu, które dziś mam na myśli. A jest ono wręcz podstawowe, a na imię mu: Burgundia. … Czytaj dalej

159,00 zł

Dostępność: Więcej niż 24 szt.

Tylko: po co? Ani to zdrowe dla samego siebie, ani raczej niewiele, a nawet nic, nie zmienia w odbieraniu nas przez otoczenie. Przynajmniej w zagadnieniu, które dziś mam na myśli. A jest ono wręcz podstawowe, a na imię mu: Burgundia. Dziwne są losy burgundzkich win. I mam tu na myśli sytuację ogólną, można by nawet rzecz: światową, choć pewne rynki się wymykają temu zjawisku. Na plus, lecz i do poprawy także…

Wśród „zaawansowanych” amatorów wina, temat Burgundii jest niemal obowiązkowym. Którego niemalże byście nie zapytali – kochają, uwielbiają, wręcz łakną za wszelką cenę. I to tylko najlepsze cru, z najbardziej szacownych apelacji. Tymczasem… sprzedaż tych win jest wręcz marginalna. W naszych, krajowych warunkach są co najmniej trzy, bardziej lub mniej, obiektywne powody takiej sytuacji. Pierwszy to oczywiście aspekt ekonomiczny, jako że crus z  Montrachet, Meursault, Chablis, Pommard, Corton, Chambertin, Nuits St. Georges, czy innych najlepszych gmin Cotes de Beaune i Cotes de Nuits, czyli tzw. Cotes d’Or, potrafią kosztować słono, nieraz po prostu majątek. Ciężko uwierzyć? To spróbujcie kupić topowe etykiety regionu, ze słynnym, uważanym za „świętego Graala”, DRC na czele, a sami się przekonacie. Drugim jest po prostu dostępność. Wszystkie wina Burgundii to raptem 2% wszystkich win. A i to w sprzyjających warunkach, których w ostatnich latach pod względem ilości plonów nie było zbyt wiele. Trzeci przyczyna jest nieco bardziej subiektywna, lecz chyba równie ważna. Jest nią preferencja smakowa przeciętnego polskiego, lecz nie tylko, konsumenta wina. Burgundy w obydwu kolorach  to przede wszystkich elegancja, kunszt, orzeźwienie i subtelności. Ciężko, a może i próżno, szukać tu rubensowskich kształtów budowy i natury aromatów. A to te przecież przyciągają najbardziej i najłatwiej zyskują zainteresowanie.

Jaki z tego morał? Może to i dobrze? Wszak większy kawałek tej niewielkiej puli zostaje do podzielenia pomiędzy tych, którzy za Burgundią tęsknią nie tylko na pokaz, lecz naprawdę, nawet fizycznie. I może w sumie niech tak zostanie? Przecież to nie ich strata…. Choć w sumie patrząc na niektórych bezwarunkowych wielbicieli burgundzkiej myśli winiarskiej, wcale się nie dziwię, że mogą wydać się inni. Na szczęście, większość tylko do momentu, gdy samemu złapie się bakcyla.

Autor: Tomasz Kolecki

Loading Facebook Comments ...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *