Strona główna » Blog eksperta » „Wino, które zmieniło moje życie”

„Wino, które zmieniło moje życie”


Pendolino pędzi jak szalone. Nim się obejrzałem, a właściwie – nim się obejrzeliśmy wraz z Andrzejem Strzelczykiem, już wjeżdżaliśmy na peron stacji Kraków Główny. Wybraliśmy się tam, by wraz z trzecim mistrzem Polski – Michałem Jancikiem, oraz Mariuszem Kapczyńskim i … Czytaj dalej


Dostępność: Więcej niż 24 szt.

Dostępność: Więcej niż 24 szt.
109,00 zł

Dostępność: Mniej niż 24 szt.

Pendolino pędzi jak szalone. Nim się obejrzałem, a właściwie – nim się obejrzeliśmy wraz z Andrzejem Strzelczykiem, już wjeżdżaliśmy na peron stacji Kraków Główny. Wybraliśmy się tam, by wraz z trzecim mistrzem Polski – Michałem Jancikiem, oraz Mariuszem Kapczyńskim i Pawłem Gąsiorkiem, wziąć udział w panelu dyskusyjnym pod tytułowym hasłem podczas Terra Madre, czyli targów zorganizowanych przez polską sekcję Slow Food.

Wcześniej jednak czekały na mnie i Andrzeja dwa wyzwania – sędziowanie konkursu tegorocznych win, w którym świetnie, wręcz doskonale pokazały się wina polskie, a nieco później: kolacja. Nie byle jaka kolacja, bo w progach tegorocznego laureata najlepszej knajpy w Krakowie. Bottigliera 1881! Zapamiętajcie ten adres! Wspaniałe miejsce stworzone przez najprawdziwszego pasjonata – Roberta Gumolińskiego, a prowadzone przez… Michała Jancika. I wszystko jasne! Nasze wieczorne biesiadowanie musiało zatem potrwać, okraszone rozmowami z naszymi gospodarzami. Po nieco więcej, niż sześciu godzinach, już jechaliśmy do hotelu.

A teraz czas na panel. Każdy z nas miał przywieźć ze sobą to jedno jedyne wino, które chciałby zaprezentować w ramach zadanego tematu w ramach założonego kagańca finansowego. A już chciałem wziąć skrzynkę Chateau Lafite 1990… Mój wybór padł zatem na Von Kesselstatt Scharzchofberger Riesling Kabinett Feinherb 2014. Z co najmniej dwóch powodów!

Po pierwsze primo – to wino wędrowało przez wiele kart i lat mojej sommelierskiej wędrówki. Pewniak w działaniach „pod publiczkę”, jeszcze większy w kojarzeniu z wieloma potrawami różnorakich kuchni świata.

Po drugie primo, ultimo – ma to coś, co położyło ostateczny argument na szali pójścia tą drogą. Zapach, który w Bingen obezwładnił mnie październikowym porankiem 2001. Zapach pierwotny, oszałamiający i uzależniający. Zapach świeżego moszczu, który zaraz miał zacząć zamieniać się w wino. W Rieslinga. Zapach uwięziony pod mgłą wiszącą między szczytami stoków wzgórz, otulających Bingen i Rudesheim oddzielonych przez potężny Ren. On to ma. Jeszcze. Za chwilę zacznie go tracić, by rozwinąć się aromatycznie w elegancką, złożoną i hedonistyczną historię. Wtedy znajdziecie go w młodziutkim 2015. I tak co roku. I tak bez przerwy…

Loading Facebook Comments ...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *