Strona główna » Blog eksperta » Nie ma to-tamto

Nie ma to-tamto


Tegoroczna jesień dla Stowarzyszenia Sommelierów Polskich to czas przełomów. Na początku września zorganizowaliśmy XII mistrzostwa Polski, w których wygrał mój wieloletni „Cień” poprzednich edycji - Andrzej Strzelczyk. W samych mistrzostwach pojawiło się kilka „haczyków”. Zorganizowaliśmy w eliminacjach konkurencje z laptopem i excellem, a w finale zawodnicy w drastycznie krótkim czasie musieli otworzyć i rozlać równiutko do 12 kieliszków butelkę szampana magnum (1,5l.). Pisze „zorganizowaliśmy”, jako że po raz pierwszy przyszło mi sędziować krajowe zawody. O ile konkurencja komputerowa przyniosła równe trudności niemalże wszystkim, to w bąbelkowej Andrzej pokazał, jakie ma plany.

Czytaj dalej

Tegoroczna jesień dla Stowarzyszenia Sommelierów Polskich to czas
przełomów. Na początku września zorganizowaliśmy XII mistrzostwa Polski,
w których wygrał mój wieloletni „Cień” poprzednich edycji – Andrzej
Strzelczyk. W samych mistrzostwach pojawiło się kilka „haczyków”.
Zorganizowaliśmy w eliminacjach konkurencje z laptopem i excellem, a w
finale zawodnicy w drastycznie krótkim czasie musieli otworzyć i rozlać
równiutko do 12 kieliszków butelkę szampana magnum (1,5l.). Pisze
„zorganizowaliśmy”, jako że po raz pierwszy przyszło mi sędziować
krajowe zawody. O ile konkurencja komputerowa przyniosła równe trudności
niemalże wszystkim, to w bąbelkowej Andrzej pokazał, jakie ma plany.

Rozgrzani
walką na krajowej arenie, ruszyliśmy na przełomie września i
października do węgierskiego Szegedu, gdzie w hotelu Diamant w
Dunakiliti, zostały zaplanowane pierwsze Mistrzostwa Centralnej Europy
Sommelierów, w których oprócz naszych zuchów – mistrza Andrzeja, i
srebrnego medalisty Pawła Białęckiego, startowały w bojach reprezentacje
Czech, Słowacji, Rumunii (dwie!), Chorwacji i Węgier oczywiście.

Droga
była daleka, z przystankiem w Wiedniu. Wykorzystywaliśmy zatem dany nam
czas na różne sposoby. Wzmocnieni gęsim pipkiem i wurstem ze śląskiego
przystanku, lwią część czasu oddaliśmy, a jakże by inaczej, zadawaniu
naszym zawodnikom pytań z zagadnień, które mieliśmy nadzieję, lub
okazję, spotkać we wcześniejszych zawodach krajowej i międzynarodowej
rangi. Jak się później okazało, w wielu przypadkach mieliśmy
przysłowiowego „nosa”, co raczej nie dziwi, w towarzystwie czterech
sommelierów…

Wieczór w stolicy Austrii spędziliśmy pod patronatem
„Dużego Jasia” i silcher sturm. Ten pierwszy, to potężnie „wysmarowane
dębiną” cuvve odmian francuskich i lokalnych, które trochę z
premedytacji, trochę z przekory, wybraliśmy jako towarzysza finału
kolacji. Ten drugi, to austriacka specjalność tej części roku, którą
zaserwowano nam na wejście do gry w wine-barze sieci Wine&Co. Różowy
niczym lakier dla Barbie, chmurny, wciąż fermentujący w butelce,
kieliszku i… żołądku, odcisnął się mocnym piętnem. Tym mocniejszym, ile
został wzmocniony próbkami win ze stajni Willego Brundlmayera,
ordynowanymi przez Thomasa Klingera, który dołączył do naszego grona w
tzw. międzyczasie. Taaak… A rano trzeba w drogę. Gospodarowaliśmy
zatem płynami iście oszczędnie, stawiając głównie na ich funkcje
poznawcze, mniej zaś na środowiskowe.

Droga z Wiednia do
Dunakiliti zajęła krótką chwile, i po wypełnieniu formalności
powitalnych, udaliśmy się do pokoi, przygotować się do pierwszego
starcia, czyli eliminacji, które miały rozpocząć się po południu.
Przyznam, że moje pomieszczenie ciężko, w porównaniu z pozostałymi,
nazwać pokojem. Suite? Apartament? Wanna z bąbelkami dla dwójki byłaby
zbyt duża, tak samo zresztą łoże i kubatura pomieszczeń. Poczułem się
rozpieszczony i bez trudu doceniłem uroki dziennikarskiej profesji. Ale…
Nie o tym miała być ta szpalta.

Prawie równo z zaplanowana
godzina 15-tą, rozpoczęły się eliminacje. Na początek – standardowo,
test teoretyczny, degustacje w ciemno i konkurencje praktyczne, które
surowym jak to ma zwyczaju, sędziował także Prezydent naszego
Stowarzyszenia Sommelierów Polskich. Dla mnie był to idealny czas na
uzupełnienie relacji zdawanej na bieżąco dzięki kochanemu „fejsbuniowi”.
Następnie oddałem się zwiedzaniu hotelu, i chyba nie przerysuję i nie
nadam zbyt wiele koloru, jeżeli powiem, że gdybym miał taki hotel i
uzdrowisko w pobliżu Warszawy, byłbym wielce kontent. A może nawet
zachwycony? Wczesnym wieczorem nareszcie zaczęli się pojawiać pierwsi
zawodnicy. Nasi wyszli ze spokojnymi obliczami, i nie trzeba było
zgadywać, że po rozegranych konkurencjach, czują się pewni wykonanego
dzieła. U wielu innych takiego błogostanu ze świecą można było szukać.
Nie tylko wówczas, lecz również w czasie kolacji, a nawet później. No
właśnie – kolacja… O niej trzeba napisać słów kilka.

Młody szef
kuchni starał się jak mógł, by sprostać po raz pierwszy w życiu takiemu
wyzwaniu. I trzeba mu oddać – kulinarnie dał radę. Jednak dość długie
menu, tyle samo win, nie zaprawiona w bojach załoga Sali i ilość gości,
pokonała sprawę organizacyjnie, dzięki czemu kolacja dawała dużo
możliwości do rozmów kuluarowych, a zakończyła się daleko po północy. A
rano trzeba wstać i walczyć dalej. To zdanie oczywiście dotyczyło tylko
trzech najlepszych zawodników eliminacji, jednak w tym momencie każdy z
nich miał nadzieje, że to będzie właśnie on…

Na dzień dobry
zabrano wszystkich do Pannonhalma, gdzie mieliśmy okazję wysłuchać
ciekawej historii o tej części Węgier, obejrzeć cudowny klasztor i
widoki rozpościerające się ze wzgórza. Clou programu było jednak
zwiedzanie winiarni, której współtwórcą obecnego, grawitacyjnego
kształtu, był m.in. Tibor Gal – emblematyczna postać węgierskiego
winiarstwa. Zresztą – symboliczny pomnik ku jego czci znajduje się
wprost naprzeciw wejścia. Po krótkiej, acz treściwej degustacji i lekko
pospiesznym lunchu, wróciliśmy do hotelu, by poznać finalistów i
obejrzeć ich zmagania.

Uzbrojeni w stroje sommelierskie, wszyscy
zawodnicy stanęli w szeregu, oczekując odczytania werdyktu. Każdy
wyczytany wędrował ku komisji, by odebrać pamiątkowy dyplom, jednak ze
świadomością, że dla niego zawody już się skończyły. Pierwszy, drugi,
trzeci… a nasi zawodnicy wciąż w szeregu! Zostało tylko pięciu, a
Andrzej i Paweł nadal w stawce. Pech! Wyczytano Andrzeja. A szczęście
było tak blisko… Jeszcze tylko jeden odpada i.. to nie jest Paweł! Paweł
Białęcki w finale! Razem z Julią Scavo z Rumunii i Jakubem Pribylem z
Czech. Brawa!!! 

Zmagania finałowe nastręczyły
sporo trudności nie tylko zawodnikom, lecz także zagubionej nieco w
kolejności działań komisji i organizatorom, a nawet „działowi IT”, który
raz za razem zmagał się ze złośliwością sztucznej inteligencji. Nasze
tegoroczne mistrzostwa swoją organizacją mogłyby służyć za wzór. Ale!
Nieważne. Paweł walczył dzielnie, w niektórych konkurencjach wypadając  rewelacyjnie,
w innych oddając pola rywalom. Rywale zresztą, czynili tak samo, i
wynik końcowy wciąż był sprawą bardzo szeroko otwartą. Ostatnia
konkurencja – rozlanie butelki magmum szampana do trzynastu kieliszków.
Skąd my to znamy? No właśnie – z naszych wrześniowych zawodów. Tylko w
naszej konkurencji był  ścisły limit czasowy, bardzo
wyśrubowany z resztą. Tu czas był mniej istotny. Kto pierwszy – ten
lepszy. Jednak jak zwykle, najważniejsze było opróżnienie całej butelki i
jakość wypełnienia kieliszków. I znów żaden z zawodników nie odstawał
od pozostałych, jednak Julia chyba najlepiej wywiązała się z zadania.
Czyżby to miałby być prognostyk wyników końcowych? Za kilka chwil
mieliśmy się przekonać.

Po chwili na obrady i zsumowanie
zdobytych punktów, wreszcie ogłoszono oficjalny wynik I Mistrzostw
Centralnej Europy Sommelierów. Uwaga uwaga! Paweł Białęcki V-ce
Mistrzem! A zwyciężczynią – Julia Scavo.

Gratulując Pawłowi
podczas wieczornej gali i degustacji węgierskich trunków, przekonywałem
Andrzeja, że za tydzień sobie powetuje straty z madziarskiej ziemi. I
nie myliłem się! Tydzień później Andrzej stanął na czwartym stopniu
finału Mistrzostw Bałtyckich Sommelierów, rozgrywanych już po raz
kolejny, tym razem w Wilnie. Startowały w nich reprezentacje Polski,
Estonii, Litwy, Łotwy, mocarnej w zawodach międzynarodowych Szwecji,
oraz gościnnie – Gruzji.

Tak, tak Moi Mili. Nie ma to-tamto.
Wkroczyliśmy na międzynarodowe wody całkiem niedawno, jednak radzimy
sobie na nich co raz lepiej. Teraz przychodzi pora na mistrzostwa świata
w Tokio. Zobaczymy. Zobaczymy…

Loading Facebook Comments ...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *