Strona główna » Blog eksperta » Pretendenci nr 1.

Pretendenci nr 1.


W każdej dziedzinie zdolnej do posiadania jakiegokolwiek rankingu, tabeli czy hierarchii, w dzisiejszych, informacyjnych czasach cywilizacji, takie twory już powstały i mają się bardzo dobrze. Żyją własnym życiem, ewoluują każdego dnia i przyciągają uwagę obydwu stron – zainteresowanych i obserwatorów. … Czytaj dalej

W każdej dziedzinie zdolnej do posiadania jakiegokolwiek rankingu, tabeli czy hierarchii, w dzisiejszych, informacyjnych czasach cywilizacji, takie twory już powstały i mają się bardzo dobrze. Żyją własnym życiem, ewoluują każdego dnia i przyciągają uwagę obydwu stron – zainteresowanych i obserwatorów. Co najfajniejsze, mimo że w świecie wina statusy „Świętych Graali” dawno są już porozdawane, to chętnych dostąpienia takiego zaszczytu wciąż nie brakuje. A co jeszcze lepsze – z efektami wywołującymi drżenie łydek u klasycznych majestatów. Weźmy na warsztat dwa przychodzące na pierwszą myśl przykłady – Pinot Noir i Chardonnay. Niby wiadomo, że tuzy Grand Crus z Chablis, Cotes de Nuits i Cotes de Beaune są wzorami szablonów ideału, lecz nie znaczy to, że jako jedyne dają radę w te ramy się wcisnąć.

Po raz kolejny miałem okazję się o tym przekonać w zeszłą sobotę, odwiedzając zakochanych w winie przyjaciół. Po spełnieniu aperitifu, a jakże, klasowym szampanem, na stół przywędrowało białe Saint-Aubin 1-er Cru. Przyznam, że to jedna z moich ulubionych apelacji Burgundii, prawdziwa perła Cotes Chalonnaise, zlokalizowana wręcz po drugiej stronie wzgórza rodzącego legendarne wina gmin Montrachet. Wierzcie mi lub nie – takiego wina, wielowarstwowego, eleganckiego i silnego jednocześnie, nie powstydziłaby się znakomita większość winiarzy z gwiazdorskiej apelacji w Cotes de Beaune! Jednakże najprawdziwszym „pasikonikiem” naszych gospodarzy są Pinoty ze Stanów Zjednoczonych. Tym razem uraczyliśmy się dwoma dojrzałymi, wyśmienitymi winami z odległych nie tylko w sensie dystansu, przedstawicielami z ich ukochanej Kalifornii. Pierwszy Pinot, obfity, gęsty i bogaty, przyjechał z gorącego Santa Barbara, a drugi – klasyczny, chrupki i trwały, z chłodnej Russian Riber Valley. Około trzystu kilometrów różnicy, niby jeden stan, niby podobna myśl, a wyniki z innych rzeczywistości. W dodatku, tak wysokiej klasy i urody, że obydwa śmiało można stawiać w szranki z protoplastami z Chambertin i Corton.

W tym roku obchodzimy 40-tą rocznicę słynnej „Degustacji paryskiej”, w której białe Burgundy i wielkie chateaux z Bordeaux konkurowały „łeb w łeb” z Chardonnay i Cabernet Sauvignon z Napa i Sonoma. I strasznie chciałbym przeżyć powtórkę, lecz taką, w której do konkursu stanęłyby kalifornijskie i oregońskie Pinot Noir i Sauvignon Blanc naprzeciw białym „bordosom” i ikonom czerwieni z Cotes d’Or. Oj! Strasznie chciałbym!

Loading Facebook Comments ...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *